Spojrzałam na kartkę. Substancja zaczęła się przesuwać w stronę tekstu. Siedziałam z nienaturalnym dla mnie spokojem. Nie byłam w stanie nic zrobić. Moje ręce odmówiły posłuszeństwa a oczy uznały, że to idealny czas na obserwowanie. Nadal nie miała pojęcia w jaki sposób kisiel znalazł się na mojej jedynej wydrukowanej wersji Reduty Ordona. Prąd wysiał kilka minut wcześniej. Tutaj zdarzało się to dość często. Takie zadupie. Następnego dnia miałam wyrecytować trzy akapity utworu Mickiewicza, a w tamtym momencie nie była wstanie wypowiedzieć dwóch wersów. Podręcznik oczywiście zostawiłam w szafce, a telefon ledwo trzymał się na 10%. Oparłam się głową o ścianę. Tylko na to pozwolił mi mój organizm. Po chwili kartka tonęła w gęstym kisielku mojej ciotki. Mięśnie postanowiły wreszcie posłuchać rozkazu z mózgu. Złapałam za najmniej zatopiony róg kartki i powoli wyciągałam ją na powierzchnie. Delikatnie zsunęłam resztki kisielu z powrotem do kubka. Zauważyłam jednak, że większość literek się rozmyła i biorąc pod uwagę brak moich okularów do czytania byłam bliska niezdania z polskiego. Że też akurat w tamtym tygodniu tata postanowił zabrać mamę na romantyczną wycieczkę do Paryża.
Uznałam jednak, że nie ma co się martwić. Taka wola gęstego kisielku. Nauczę się przed lekcją tyle ile dam radę... Choć z moim ślimaczym tempem nauki... Najwyżej będę robić jakieś prace dodatkowe...
Czas leci a ty ciągle w tych internetach... Może chociaż poczytasz coś ciekawego? Mogę cię zapewnić, że tutaj jest to również dziwne i szalone... Takie bywają przemyślenia... Tak czy inaczej zapraszam!
czwartek, 20 kwietnia 2017
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)