To głupie, ale przez dwie godziny zastanawiałam się co ubrać. Rzadko chodziłam na tego typu spotkania(rzadko, żeby nie rzec że w ogóle). Denerwowałam się. Pisaliśmy ze sobą już drugi miesiąc. Nawet nie zauważyłam kiedy to minęło. Wspólnie(głównie on) uznaliśmy, że musimy uczcić dzień, w którym napisałam pierwsza i to jeszcze wiadomość dłuższą niż 475 znaków. Zaprosił mnie na owoce. Nie tak jak wszyscy, którzy szczęśliwi chodzą na lody. On nie mógł jeść lodów.
Współczułam mu strasznie! Zastanawiałam się, czy gdyby mój organizm nie tolerował laktozy i jej skonsumowanie w dużej ilości mogło by spowodować śmierć(a nie tylko niemiłosierny ból brzucha) to czy nie wolałabym umrzeć niż nie jeść ich do końca... Toż to najmilsza śmierć świata! Jesz lody... Na przykład o smaku najsmaczniejszej kawy świata... mhmmm... rozkoszujesz się smakiem i nagle cyk! Już nie żyjesz...
Zagapiłam się. Byłam spóźniona.
Zaczęło kropić.
- Już się bałem, że nie przyjdziesz i będę sam musiał zjeść te wszystkie słodkości! - powiedział uradowany moją osobą i wskazał ręką na kosz wypełniony truskawkami.
- Dlaczego truskawki? - zapytałam biorąc jedną do ust.
- No tak pomyślałem, że to smaczne owoce, bogate w wiele witamin, pobudzające białka chroniące przed cukrzycą i chorobami serca, będące jednocześnie symbolem miłości...